13 listopada – nieoficjalne wspomnienie Królowej Różańca

Każdego roku, 13 listopada, w pompejańskim sanktuarium obchodzona jest rocznica przywiezienia obrazu Królowej Różańca Świętego do Pompejów. To fundamentalne wydarzenie w historii pompejańskiego kościoła i misji różańcowych w tej Dolinie, które z czasem rozszerzyły się na cały świat. Jeśli ktoś trafi na tę rocznice do Sanktuarium, będzie miał okazję dotknąć obraz! Tylko tego dnia jest zdejmowany z ołtarza głównego, zobaczmy:

Oto, jak opisuje tę historię sam bł. Bartolo, który sprowadził obraz w książce Cuda i łaski Królowej Różańca świętego w Pompejach

bartolo_longo_cuda_i_laski_krolowej_rozanca_w_pompejach_longoPostanowiłem taki obraz sprowadzić jeszcze przed zakończeniem misji, aby misjonarze zostawili go mieszkańcom Doliny na pamiątkę. W tym celu pojechałem 14 listopada 1875 r. do Neapolu. Przybywszy do miasta zacząłem zastanawiać się nad tym, gdzie ten obraz można nabyć. Nagle przypomniało mi się, że w pobliżu placu Świętego Ducha często mijałem galerię z obrazami. I przebijał mi się przez pamięć wiszący w niej wizerunek Matki Bożej Różańcowej. Poszedłem tam w niezbyt miłym nastroju, nie lubiłem bowiem targowania się o cenę, co w Neapolu jest powszechnym zwyczajem. „Gdybym tylko mógł wziąć ze sobą ojca Radentego – pomyślałem. – On, neapolitańczyk, wiedziałby najlepiej, jak dobić targu. Ale gdzie go teraz szukać?” Wiedziałem, że po państwowej kasacie klasztoru św. Dominika, zamieszkał z dwoma braćmi w wynajętym domu i codziennie odprawiał Mszę świętą w kościele Matki Bożej Różańcowej.

Jeśli nie chcesz czytać z ekranu, możesz zamówić książkę o historii cudownego obrazu, nowenny pompejańskiej oraz sanktuarium w Pompejach. 368 stron pasjonującej lektury w niższej cenie 22,50! Zobacz na naszej stronie.

Tak więc postanowiłem mimo wszystko udać się sam do galerii. Jeżeli taka wola Boża, to spotkam tego mojego przyjaciela i kapłana. Jeżeli nie, to kupię obraz jak będę umiał.

I rzeczywiście! Opatrzność, która już zaczęła czynić cuda swą niewidzialną ręką, sprawiła, że w pobliżu galerii natknąłem się na ojca Radentego. Tego Bożego człowieka niebo zesłało mi po raz pierwszy w czasie największego przełomu w moim burzliwym życiu. W innym miejscu opowiem jeszcze wiele o tym i o cnotach zakonnika. Teraz tylko wspomnę, że znaliśmy i przyjaźniliśmy się od 1865 r. aż do jego śmierci w 1885 roku. Przyjaźń, jaką mnie on zaszczycał, była powodem tego, że będąc w kłopotach myślałem najpierw o nim.

Powitałem go z wielką radością na placu Świętego Ducha i opowiedziałem natychmiast o tym, co wydarzyło się w Pompejach. – O odwiedzinach biskupa z Noli, postanowieniu zbudowania kościoła, bractwie różańcowym i w końcu o zamiarze kupna obrazu.
– Pracownia malarska Foggiana jest w pobliżu, chodźmy – powiedział ojciec.
Weszliśmy do pomieszczenia, w którym stał obraz Matki Bożej Różańcowej. Nie miał on odniesień do tajemnic różańcowych i miał zaledwie metr wysokości.
– Po ile ten obrazek? – spytał ojciec Radente.
– Czterysta lirów – odpowiedział artysta.
– O, to za wiele.

Sam byłbym skłonny do kupna, ale ojciec skinął na mnie i wyszliśmy na ulicę. Tam powiedział:
– Po co wydawać tyle za jeden niewielki obraz, kiedy liczy się każdy grosz na budowę kościoła? Przypomniałem sobie, że parę lat temu podarowałem stary obraz Matki Bożej Różańcowej znajomej zakonnicy, Marii Concetcie de Litala. Mieszka ona w klasztorze pw. Różańca Świętego przy bramie Medina. A obraz kupiłem u przekupnia na Delia Sapienza za trzy i pół franka. Idź i go obejrzyj. Jest on podniszczony ale jeżeli ci się spodoba i uznasz, że jest odpowiedni, to siostra na pewno ci go odda. Taki obraz pewnie wystarczy mieszkańcom w Pompejach na nabożeństwa różańcowe.

Pobiegłem natychmiast do wskazanego klasztoru.
– Proszę zawołać siostrę Marię – poprosiłem przy kracie rozmównicy. Po krótkiej chwili nadeszła siostra, którą znałem już od kilku lat.
– Przysyła mnie ojciec Radente i prosi, by siostra zechciała podarować mi obraz Matki Bożej Różańcowej, który ma od niego. Biedni ludzie w Pompejach nie otrzymają odpustu bo nie mają obrazu. A jeszcze dzisiaj wieczorem mam przywieźć obraz misjonarzom.
– Bardzo się cieszę, że ten zaniedbany obraz będzie służył tak pięknemu celowi. Przyniosę go natychmiast!
– zawołała z radością. Wyszła i niebawem wróciła z obrazem.
Gdy spojrzałem na obraz, o mało się nie wystraszyłem… Było to stare, zniszczone malowidło. Twarz Maryi nie miała tego łagodnego, miłego wyrazu, jaki zazwyczaj widzimy na wizerunkach świętych postaci.
– Kto mógł coś podobnego namalować? – z moich ust wymknął się jęk rozczarowania. Pomyślałem, że biedni mieszkańcy Doliny na widok tak szpetnego obrazu nie będą z miłością i ochotą odmawiać różańca. Poza tym niemiłym wyrazem twarzy Maryi zauważyłem, że u góry brakowało sporego kawałka płótna. Malatura była popękana i podziurawiona przez mole, a w niektórych miejscach farba się wykruszyła. Także wizerunki św. Dominika i św. Róży nie wyróżniały się urodą.
Cała kompozycja obrazu była nietrafiona. Królowa Różańca została namalowana w postawie siedzącej i bez korony na głowie. Maryja podawała różaniec św. Róży zamiast św. Dominikowi, który otrzymywał różaniec od Dzieciątka Jezus. Zastanawiałem się, czy w ogóle zabierać obraz ze sobą. Obiecałem jednak misjonarzom i mieszkańcom Doliny, że przywiozę obraz jeszcze tego wieczoru na zakończenie misji. Nie wiedziałem co robić.
– Niech pan o tym nie myśli – odezwała się pobożna zakonnica – ale weźmie obraz taki jaki jest. On zupełnie wystarczy do odmówienia przed nim różańca.
Nie miałem wyjścia, zdecydowałem się wziąć go ze sobą, choć sprawiało mi to niemałą trudność. Musiałem dowieźć go do Pompejów, ale był on na tyle duży, że nie mógłbym go wnieść do przedziału kolejowego. Miał 140 cm wysokości i metr szerokości. Zakonnica poradziła:
– Niech go pan weźmie na ręce. Trzeba będzie trochę się nagimnastykować, ale przecież będzie pan trzymał na rękach samą Najświętszą Pannę!

Ponieważ oznaczałoby to jazdę na stojąco czwartą klasą, nie zgodziłem się na propozycję siostry. Kazałem obraz spakować i zanieść do mojego mieszkania. Jeszcze nie wiedziałem, jak go dowiozę na miejsce. Wtedy przypomniało mi się, że właśnie tego dnia Angelo Tortora, jedyny woźnica z Pompejów, który regularnie jeździł do Neapolu, miał wracać do domu ze swoim ładunkiem. Pracował on przy oczyszczaniu stajni w Neapolu, a zebrany nawóz sprzedawał okolicznym chłopom. Zawołałem więc po niego. Właśnie miał odjeżdżać do Pompejów z pełnym wozem, gdy znalazł go mój posłaniec. Przybył do mnie natychmiast.
– Angelo – powiedziałem – zrób mi tę przysługę i zanieś jeszcze dziś wieczorem ten obraz do kościoła w Dolinie. Skoro z nim przybędziesz, oddaj go natychmiast któremuś z misjonarzy.

Dodam, że Angelo Tortora był jednym z bogatszych i najbardziej poważanych mieszkańców Doliny. Był wysokim, barczystym i silnie zbudowanym mężczyzną, mówił donośnym, ale i przyjemnym głosem. Pomagał mi w pierwszych latach prac nad kościołem ile mu starczyło sił. Często towarzyszył mi w podróżach po Dolinie, kiedy zapraszałem jej mieszkańców na uroczystości różańcowe i zabawy ludowe. Przy loterii ogłaszał na cały głos zwycięskie numery i wzywał po nazwisku szczęściarzy, którzy wygrali pierścionek, krzyżyk albo medalik. Angelo nie dał prosić się dwa razy, wziął obraz na ramię i odszedł. Tymczasem ja udałem się w pośpiechu na stację kolejową, aby przybyć do Doliny jeszcze przed obrazem.

Na miejscu ku swojemu zmartwieniu dowiedziałem się, że Angelo nie mógł inaczej przewieść obrazu, jak tylko położywszy go na stercie gnoju…
Gdy poprosiłem, aby przyjął zapłatę, wzbraniał się stanowczo mówiąc, że jest dla niego wystarczającą nagrodą to, że mógł wieźć na swoim wozie obraz Najświętszej Panienki. Ten poczciwy człowiek nawet nie przypuszczał, że jego imię pozostanie na wieki połączone z historią świątyni Matki Bożej w Pompejach. Z pewnością Najświętsza Panienka wynagrodziła mu w niebie za dobro, jakie czynił na ziemi ku Jej chwale.

Któż mógłby wówczas pomyśleć, że ten stary obraz, kupiony za trzy franki i przywieziony na wozie z obornikiem, wybrała Opatrzność na środek zbawienia dla tak wielu ludzi? Że stanie się godny noszenia diamentowych ozdób i klejnotów? Że zostanie umieszczony w kosztownej świątyni jako jej największa ozdoba? I że będą przed nim gromadzić się nie tylko ubodzy chłopi, ale także niezliczone tłumy pielgrzymów ze wszystkich stron świata? Nikt nie mógłby wtedy pomyśleć, że zwróci na siebie uwagę i zyska życzliwość pasterza wszystkich wiernych, Ojca Świętego, i stanie się jego własnością. Gdyby ktoś z nas to wszystko wiedział, to przynieślibyśmy obraz do Pompejów na rękach, w uroczystej procesji wśród okrzyków radości tysięcznych tłumów.

Teraz u stóp obrazu składają podziękowania tysiące osób, które doznały u Królowej Różańca w Pompejach łaski wysłuchania. Kolejne tysiące żebrzą pomocy i zmiłowania w potrzebach duszy i ciała. Ze Szwajcarii, Hiszpanii, Polski, Niemiec, Belgii, Chin, Afryki, Ameryki – ze wszystkich części ziemi, nie wyłączając naszych rodzimych Włoch – docierają tu codziennie liczne dowody czci i wdzięczności dla Matki Bożej.

 

 

Zostaw odpowiedź