Matka Boża od Szczęśliwych Powrotów

W Tatrach, nad brzegiem Morskiego Oka wisi na limbie mała kapliczka z figurką Maryi, nazywana Matką Boską od Szczęśliwych Powrotów.

Pierwotnie powstała ona, aby uczcić tragiczną śmierć robotników, którzy zginęli zasypani przez lawinę podczas wyrąbywania lodu dla potrzeb schroniska. Z czasem jednak zniszczała i zastąpiono ją gipsową figurką, a następnie płaskorzeźbą. W 1992 r. zarówno wśród miejscowej ludności, jak i krakowskiego środowiska akademickiego zrodziła się idea postawienia nowej kapliczki. Za zgodą konserwatora zabytków i dyrekcji MB od Szczęśliwych PowrotówTatrzańskiego Parku Narodowego postawiono kapliczkę z figurką, którą wyrzeźbił ludowy artysta Władysław Koszarka, a fundatorem został Andrzej Bafia. Kuria Biskupia zaaprobowała zaproponowaną nazwę figurki i od tego czasu jest ona czczona jako wizerunek Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów. Przy kapliczce regularnie odprawiane są Msze Święte i nabożeństwa, a nawet udzielane są chrzty i śluby gromadzące wiernych, którzy specjalnie na nie przybywają, jak również przypadkowych turystów. Jest to coraz bardziej znane miejsce kultu Maryjnego, a regionalne władze kościelne ustanowiły nawet liturgiczne wspomnienie Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów przypadające na 13 października. W 1998 roku powstała również Nowenna do Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów będąca pierwszą oficjalną modlitwą ku jej czci. Polecają się jej opiece ludzie gór, taternicy i turyści wyruszający na szlak.

Poleciłem się tej opiece i ja, gdy przechodziłem obok wizerunku w poniedziałkowy ranek 25 lipca, aby dzień swojego patrona, św. Krzysztofa, uczcić wejściem na Rysy.

Spałem pod namiotem gdzieś na łące pod Zakopanem. Obudziłem się po 4 nad ranem, spakowałem i poszedłem na autobus zmierzający na Łysą Polanę, by stamtąd dotrzeć do schroniska nad Morskim Okiem, akurat na 9.00. Pogoda była wspaniała i nic nie zapowiadało, żeby miała się zepsuć. Chociaż poprzedniego dnia również od rana było pięknie i kiedy koło południa szedłem na Giewont, wszystko było dobrze, jednak jak z niego schodziłem, zaczęło padać i przyszła burza. Mimo zacinającego deszczu i piorunów przeszedłem jeszcze przez Kopę Kondracką i Czerwone Wierchy do Doliny Kościeliskiej, w której wyszło słońce i wysuszyło mnie. Myślałem jednak, że burza nie nadejdzie drugi dzień z rzędu – wkrótce miało się okazać, jak bardzo się myliłem.

Tak więc po krótkiej modlitwie przy kapliczce Matki Bożej udałem się dalej brzegiem Morskiego Oka, aby już wkrótce iść ścieżką w górę ku Czarnemu Stawowi, do którego dotarłem około 9.45. Wtedy zaczęło się lekko chmurzyć, ale poszedłem spokojnie dalej, niczego się nie obawiając.

Po jakimś czasie nadeszły gęste chmury i zaczęło mżyć.

Krzysztof na szczyciePo drodze mijałem tych, którzy schodzili, bo weszli od słowackiej strony albo wyszli wcześnie rano ze schroniska nad Morskim Okiem i teraz już po zdobyciu szczytu kierowali się w dół. Radzili, żeby nie iść dalej, bo idzie burza. Łatwo było im mówić, bo sami już byli na szczycie. Niektórzy z wchodzących słuchali ich i wycofywali się, ale nie ja. Przecież strzegła mnie Matka Boża od Szczęśliwych Powrotów, jej się powierzyłem, więc czego miałem się bać?

Mniej więcej od połowy drogi z Czarnego Stawu na szczyt zaczęło już padać na dobre. Po śliskich, mokrych kamieniach i w płaszczu przeciwdeszczowym nie szło się zbyt szybko, zwłaszcza gdy trzeba się było podciągać na mokrych, zimnych łańcuchach, które sprawiały, że ręce kostniały. Mimo to o 12.15 w końcu dotarłem na ten mierzący 2499 m n.p.m., najwyższy szczyt w Polsce. Jednak nie dane mi było podziwianie wspaniałych widoków, bo wszystko przesłaniała mgła. Odmówiłem więc modlitwę Anioł Pański, zrobiłem kilka zdjęć, poprosiłem kogoś, aby mi zrobił i postanowiłem schodzić, zwłaszcza że zaczynało grzmieć. Ci, którzy wchodzili ze mną, schodzili na słowacką stronę, skąd jest łagodne zejście do Strebskiego Plesa, a stamtąd kolejka do Tatrzańskiej Łomnicy i autobusy do Zakopanego. Ja też bym tak zrobił, ale niestety zostawiłem swój plecak z namiotem w schronisku nad Morskim Okiem. Musiałem więc wrócić tą samą drogą, którą przyszedłem, a burza już nadciągnęła.

Zewsząd było słychać grzmoty i zaczynało się błyskać.

Najtrudniej było schodzić trzymając się mokrych łańcuchów, kiedy miało się świadomość, że w każdej chwili piorun może w nie uderzyć i wtedy niechybnie zostanę porażony, a trudno było schodzić nie trzymając się ich, żeby nie zsunąć się w przepaść po śliskich kamieniach. Dodatkowo wiedziałem, że nikt mi nie pomoże, bo wszyscy zeszli na słowacką stronę, zresztą i tak nie mieliby mi jak pomóc. Cały mój los był więc w rękach Maryi.

Razem z grzmotami i błyskawicami przyszła gwałtowna ulewa i grad, który siekł mnie po twarzy kulkami lodu. Deszcz i grad padały tak obficie, że wkrótce z wszystkich stron zaczęły płynąć potoki, które niosły kamienie i zabierały je z sobą, tak że każdy krok był niepewny i groził upadkiem. Płynąca woda sięgała do kostek, a miejscami nawet do kolan. Do tego pioruny uderzały coraz bliżej. Grzmoty było słychać właściwie w tej samej chwili, w której pojawiały się błyskawice. Trzeba było uważać, żeby trzymać się szlaku namalowanego czerwoną farbą na kamieniach, jednak w niektórych miejscach płynąca woda je zakrywała i wtedy łatwo było zmylić drogę i pójść nie wiadomo gdzie, zwłaszcza że nikogo nie było na szlaku.

W pewnej chwili przestałem koncentrować się na szlaku i spojrzałem dalej.

Zobaczyłem może jakieś 500 metrów przed sobą jeszcze jednego wędrowca. W pierwszej chwili chciałem iść na skróty za nim, żeby jakoś ominąć rwące potoki i unikać miejsc, gdzie są łańcuchy przyciągające pioruny. Jednak Krzysztof Jędrzejewski, pielgrzympo chwili wydało mi się, że on nie znajduje się na szlaku, tylko z niego zboczył. Postanowiłem trzymać się czerwonych znaków i iść swoją drogą, licząc, że mnie zauważy i pójdzie w moją stronę. Moje krzyki i tak by nic nie dały, bo dzieliła nas zbyt duża odległość, a poza tym zagłuszyłby je szum spadającej zewsząd wody. Szedłem dalej szlakiem w dół do Czarnego Stawu, a on, gdzieś w bok, w górę, tak że mimo woli wyprzedziłem go, nawet go nie mijając, on został w górze, a ja byłem już na dole.

Nie wiedziałem, co robić:

z jednej strony chciałem zejść jak najprędzej do schroniska, bo byłem cały mokry i wyziębiony. Deszcz był tak ulewny, że peleryna dawno mi przemokła i trząsłem się cały z zimna. Z drugiej strony miałem świadomość, że trzeba jakoś pomóc temu gościowi, który pobłądził. Tylko jak? Jeśli bym się cofnął i poszedł w jego stronę, zgubiłbym szlak tak jak on. Zatrzymałem się i spojrzałem w górę, w jego stronę – był daleko, jednak po chwili zaczął do mnie machać ręką. Nareszcie mnie zobaczył. Ja też mu pomachałem i zacząłem mu pokazywać, żeby nie szedł na wprost, gdzie było urwisko, tylko łukiem na lewo, aby dojść do szlaku. Bałem się, że spadnie na moich oczach, bo parę razy poślizgnął się, zjeżdżał na siedzeniu, a potem schodził bardzo wolno i ostrożnie.

To tylko fragment artykułu

Drodzy Czytelnicy, dostęp do niektórych treści jest ograniczony

Dostęp do artykułów o różańcuTen artykuł jest dostępny w wydaniu papierowym "Królowej Różańca Świętego".

Zamów – to tylko 5 zł z wysyłką!

Dostępne są prenumeraty oraz pojedyncze wydania.

Druga możliwość: dostęp przez internet!


Jeżeli posiadasz już konto, zaloguj się:
Nie posiadasz jeszcze konta?

Co o tym myślisz? – Napisz komentarz

avatar
  Powiadamiaj mnie o odpowiedziach  
Powiadom o