W tej podróży nikt się nie zawiedzie – Muniek Staszczyk

T.Love to spory kawałek historii polskiej muzyki­. Jeśli nie znasz tego zespołu, z pewnością słuchają go twoje dzieci. Wielu chciałoby grać w T.Love. Rozmawiamy z liderem zespołu, Zygmuntem Staszczykiem, o wierze, nawracaniu się, Maryi i różańcu.

Cofnijmy się do 1994 roku i piosenki „Bóg”. Śpiewasz w niej „Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym”. To bardzo bezpośrednie i szczere słowa. To prośba o zbudowanie relacji, prawie jak zawierzenie.

Myślę, że coś w tym jest, kiedy patrzę teraz z perspektywy czasu. Bo oczywiście to był 1994 rok i moje odejście od Boga. Nigdy nie było rozstania. Ja, chłopak z Częstochowy, przyjąłem wszystkie sakramenty, bierzmowanie zupełnie świadomie. A potem przyjechałem do Warszawy na studia. Zaczęło się nowe życie, rock and roll, hedonizm, zespół zaczął grać i być popularny. „Bóg” to był ostatni utwór na płytę. Była gotowa muzyka reggae, a nie było tekstu. Zespół był na gazie. Nasz basista, Paweł Nazimek, powiedział do mnie tak: „Napisz o Bogu”. Odpowiedziałem: „Co ty? Pogięło cię? O Bogu? Ja?”.

Minęło kilka tygodni i z tym tekstem się mierzyłem. Próbowałem z tego zrobić jakiś hip-hop, jakieś rapowanie ale wychodziło to tak, jakbym naśladował Kazika. Zawsze mam pomysły na teksty, a na tej piosence się zatrzymałem. Chyba nie było takiego kawałka, nad którym bym się tak długo zatrzymał. Nie mogłem, wkurzony, nic napisać. Mówię: „Boże, jak?…”

Była taka sytuacja, po jakiejś imprezie, kac. Żona wyszła z dziećmi na spacer. Córka miała rok, syn cztery latka. Mieszkaliśmy na Żoliborzu, w bloku. Moja żona jest warszawianką i wychowała się w tej dzielnicy. Takie podwórka gomułkowskie, więc wszyscy się znali. Taki piękny dzień, pogodny, ludzie spacerowali z dziećmi. A ja jak zombie siedzę, patrzę przez okno. Myślę „co ja w tym życiu swoim robię? Gram rock and rolla, ale żona wyszła z dziećmi. Dlaczego ja z nią nie jestem, tylko siedzę gdzieś, na jakimś kacu, piję wodę, bo mnie suszy”. Taki smutek mnie dopadł, poczułem się samotny. I mówię: „Boże, tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym”. Zacząłem śpiewać do tej muzyki. Potem musiało minąć następnych 16 lat, aż napisałem piosenkę „Lucy Phere”, prawie w ten sam sposób. Kiedy byłem w innym okresie swojego życia, też przydołowany, po depresji i też ten tekst wyskoczył ze mnie, jak tekst „Bóg”.

Chciałbym coś powiedzieć o Tobie,
Tak często czuję Twoją siłę.
Nic się nie dzieje przypadkowo,
chociaż tak często w to wątpiłem.
Tak bardzo chciałbym
zostać kumplem twym.
— BÓG —

Zaczęliśmy grać tę piosenkę, stała się przebojem. Reakcje były takie, że nie wszystkim ludziom w Kościele to się podobało, bo jak to „zostać kumplem Boga”? Że takie bezpośrednie. Człowiek jest ograniczony, ale każdy ma jakąś drogę duchową. Czytając różnych mądrych ludzi, począwszy chociażby od ojców pustyni, widzimy, jak ważna jest ta bezpośrednia relacja z Bogiem. Na zasadzie „rozmawiaj z nim tak, jak z najbliższym przyjacielem”. Taka relacja osobista nie jest zła, wielu teologów o tym mówi. Są piękne modlitwy, którymi fajnie się modli. Jeżeli mówisz bezpośrednio, to nie jest to złe ani obrazoburcze.

Jest bardziej szczere, bo z serca.

Też tak bezpośrednio też często się modlę. Wtedy napisałem piosenkę na takiej zasadzie, że chciałbym być jego kumplem. Takim po prostu, z którym siedzę na ławce. Nie miałem świadomości, że mu się oddaję, ale może to miało taki wymiar.

Dziś jest to piosenka, którą zawsze gramy na koncertach. Często różni artyści sięgają po ten utwór, chociażby ostatnio Dawid Podsiadło. Więc jakoś tak ten utwór osiadł w historii T.Love. I to nie jako utwór czysto chrześcijański, tylko utwór, który ludzie lubią, bo różnie odnoszą tego „kumpla”. Wielokrotnie też go grywałem na jakichś spotkaniach z młodzieżą, także w kościołach. Ten utwór robi swoje. Kiedyś na Jasnej Górze podleciał do mnie taki chłopaczyna, w wieku mojego syna, i mówi „Muniek, stary, ja się nawróciłem dzięki tej piosence. Tej «Bóg» wiesz?”.

Pięć lat później nastąpił poważny kryzys w moim życiu, taki mentalny, który mnie zaprowadził prawie na granicę samobójstwa. Znaczy nie było próby, ale było źle i jedna noga stanęła na terapii świeckiej, druga noga na duchowej. Wtedy bardzo mi pomogło „Naśladowanie Chrystusa” Tomasza à Kempis i oczywiście moja rodzina, żona i dzieci. W 1999 r. wyspowiadałem się po chyba piętnastu latach. To był taki pierwszy mój krok do Boga.

Jak trafiłeś na tę książkę?

Kiedy miałem kryzys wiary, to Duch Święty kogoś przysyłał. Tak, jak ostatnio przed Światowymi Dniami Młodzieży. Przyszedł ksiądz, byłem w złym stanie duchowym. A jednak, jak mnie proszą, to będę ambasadorem ŚDM. To jest zaszczyt. „Naśladowanie Chrystusa” dotarło do mnie przez któregoś z przyjaciół, chyba ktoś z dominikanów mi polecił: „Weź tę książkę, przeczytaj”. Leżała pod ręką, a ja leżałem w malignie, oprócz tego, że byłem psychicznie rozwalony, to złapałem jakiś bardzo mocny typ grypy. 2010 rok, moje małżeństwo się sypało i… wziąłem tę książkę. Poczułem jej siłę. Równolegle czytałem Księgę Hioba. I jakoś mnie to wzmocniło w tym sensie, że dawało mi wiarę. Wtedy to była dla mnie taka próba w poważnych cierpieniach psychicznych. Mogłem tylko to czytać. Kiedy chodziłem na próby i zrobiłem swoje, albo byłem gdziekolwiek na mieście, to ją czytałem.

Wtedy mniej więcej powstał utwór „Lucy Phere”: o pokusach, o złym. O tym, że istnieje zło. I że to nie są żadne bajki sprzed dwóch tysięcy lat, tylko że to jest realne. Chciałem opowiedzieć ludziom o tym, bo ludzie się jeszcze śmieją z diabła. Diabeł istnieje, tak jak istnieje Bóg. Uzdrowienia, ogromna ilość cudów, objawienia w wielu miejscach na świecie są tego dowodem.

Teraz należysz do mnie
Ja cię srodze upodlę
Możesz mówić, że Bóg to twój wódz
Będziesz taplał się w błocie
Kiedy trzeba pomogę
Ale potem upodlę cię znów.
— Lucy Phere —

Cały współczesny świat jest oparty na pieniądzu i mediach, które są bardzo antychrześcijańskie i przepojone ogromną pychą. Trwa walka, nie ma się co tu rozwodzić. Miałem wiele polemik z różnymi ludźmi i nie nawracałem na siłę. Jak mnie ktoś zaprosi, np. do udzielenia wywiadu, to nie wstydzę się Boga. Dlaczego mam się wstydzić? Mam znajomych zażartych ateistów, buddystów, antyklerykałów. Nigdy nie wchodzę w dyskusję typu: „kto jest silniejszy na rękę”. Zawsze staram się rozmawiać jakoś z łagodnością. Nie idę do ringu, bo co ja będę mówił, że ja mam rację, że jestem lepszy?

Kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Ja nie walczę. W moim życiu było trochę walki, ale walka nigdy nic nie dawała. Nauczyłem się tego i dzięki Bogu ten zespół istnieje 35 lat i jakoś się nie rozpadł. Może dlatego, że miałem kompromis w sobie. To nie taki kompromis, żeby nie wychylać głowy, tylko, żeby mądrze iść do przodu, bo jest coś ważniejszego. Tomasz á Kempis tak mnie wtedy wziął, pomógł mi. Długo leżała ta książka nietknięta, gdy ją wyciągnąłem, pomyślałem, że może to? I to było to na tamten moment. Często jest tak, że idziesz do kościoła na mszę i trafiasz na kazanie, które mówi o tobie. Tak to często jest, że otwierasz Pismo Święte na fragmencie, który mówi o twojej sytuacji.

Mówisz, że nie wstydzisz się Boga. Coraz częściej mówisz też o relacji z Maryją i o różańcu.

To jest bardzo ciekawe i to jest wielkie błogosławieństwo. Bo dziwne, ale tak się stało, że musiałem jechać do Medjugorje. Nie żałuję, bo byłem tam dwa razy i pojadę trzeci raz. Wiadomo, jest to niezwykłe miejsce. Dlatego tyle jest tych objawień. Ciągle one są, bo widocznie świat tego potrzebuje. To już Matka Boża o tym wie najlepiej. Dziwne to było, bo ja jestem urodzony prawie pod murami klasztoru w Częstochowie, w rodzinie mieszkającej tam od pokoleń. Chodziliśmy na Jasną Górę przed cudowny obraz, oglądaliśmy, jak idą pielgrzymi aż z Poznania, z Warszawy, z Lublina, z całej Polski. Jak ludzie się poświęcają. Miałem to pod ręką. Ale oczywiście…

Pod latarnią najciemniej.

Ale oczywiście! Miałem szkołę, IV Liceum, które jest przy samych alejach wiodących na Jasną Górę. Kiedy pielgrzymki szły alejami, no to było śmianie się z pielgrzymek. „A te babcie, a różańce. Be, be, Maryjo, Maryjo…”. No wiadomo. Jesteśmy wierzący, tylko Jezus, ale co to jest ten różaniec? Jakieś kółko? Myślę, że to zły podsuwał, bo tak generalnie, była we mnie taka pycha, że jak mężczyzna, to z Chrystusem. A tu cały czas bardzo poważne problemy z nieczystością. Z tym, co jak się okazuje, najbardziej do Maryi trzeba pójść.

Wtedy tego jeszcze nie wiedziałem. Dopiero jakiś ksiądz na spowiedzi powiedział: „Pojedź chłopie, może do Medjugorje, może ci coś tam w tej głowie poukłada…”. Miałem wtedy też przerwę w graniu i zabrałem Martę, moją żonę. Tam nas wzięła dziewczyna, Agnieszka, która działa we wspólnocie „Nowe Horyzonty”. Mają w Medjugorje swój dom, ale działają też we Włoszech na ulicy. Zajmują się prostytutkami, narkomanami, ludźmi opętanymi, przestępcami. Tam przyjeżdżali do nich ludzie właśnie z tymi problemami. I u nich zamieszkaliśmy. Ona nas wzięła, że tak powiem, w obroty. No i od razu, z grubej rury, zaczęła różaniec. Wchodziliśmy na górę, a ona rozdała nam poświęcone różańce i mówi: „Jedziemy”. Rozpoczęliśmy modlitwę, a ja zacząłem się śmiać. Wiesz, bo to taka wieża Babel. Tu stoją Rosjanie, tu jacyś Włosi.

To tylko fragment artykułu

Drodzy Czytelnicy, dostęp do niektórych treści jest ograniczony

Dostęp do artykułów o różańcuTen artykuł jest dostępny w wydaniu papierowym "Królowej Różańca Świętego".

Zamów – to tylko 5 zł z wysyłką!

Dostępne są prenumeraty oraz pojedyncze wydania.

Druga możliwość: dostęp przez internet!


Jeżeli posiadasz już konto, zaloguj się:
Nie posiadasz jeszcze konta?

Co o tym sądzisz? – Zostaw komentarz!

Poznaj…

Królową 

Różańca

Świętego!