Miłość i zaufanie (4)

„Świat się nie kończy – świat się zaczyna! / Miłość to świata sens i przyczyna.
Dopóki kocha się dwoje ludzi, / słońca na niebie Bóg nie ostudzi!
Dopóki kochasz mnie, a ja Ciebie / – Bóg nie zagasi słońca na niebie!
Dopóki miłość nas dwoje łączy, / świat się zaczyna – świat się nie kończy.
Świat się nie kończy – świat się zaczyna!”

Zacytowane wyżej słowa piosenki w wykonaniu Natalii Szroeder i Marcina Januszkiewicza (Świat się zaczyna, utwór z płyty Oratorium dla Świata, 2008; komp. Piotr Rubik, sł. Roman Kołakowski), mogli usłyszeć pielgrzymi zgromadzeni na koncercie Wiara, nadzieja, miłość zorganizowanym z okazji Światowych Dni Młodzieży 2016. Brzmiały one wówczas wyjątkowo wymownie. Nie tylko dlatego, że różnego rodzaju media niemalże regularnie obwieszczają koniec świata, odwołując się do niby-przepowiedni, które mają za zadanie wzbudzić niepokój wśród ludzi. Niejednokrotnie ogłaszano już koniec świata, podając konkretne daty, a przecież „o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13, 32). Słowa „świat się nie kończy” brzmiały szczególnie również ze względu na obawy dotyczące zagrożenia terrorystycznego. Niektórzy rezygnowali z uczestnictwa w ŚDM właśnie z powodu strachu. Niejedna osoba myślała: „Tylu ludzi w jednym miejscu – to może być niebezpieczne”. Jednak miliony zaufały Jezusowi, który powiedział: „gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20).

To naturalne, że boimy się o siebie i swoich najbliższych, chronimy się nawzajem i unikamy zagrożeń.

Nierzadko jednak zdarza się, że pozwalamy na to, by lęk kierował naszym postępowaniem. Przypomnijmy sobie ewangeliczną scenę, podczas której Jezus wyprawił się wraz z uczniami na jezioro. Wówczas „zerwała się wielka burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: «Panie, ratuj, giniemy!» a On im rzekł: «Czemu bojaźliwi jesteście, ludzie małej wiary?». Potem, powstawszy, zgromił wichry i jezioro, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: «Kimże On jest, że nawet wichry i jeziora są Mu posłuszne?» (Mt 8, 24–27).

Jesteśmy bardzo podobni do uczniów Jezusa. Nie ma nic złego w tym, że zwracamy się do Niego słowami: „Panie, ratuj!”. Jest jednak coś niepokojącego w tym, że zbyt rzadko mówimy do Niego: „Jezu, ufam Tobie”. Odwaga zawierzenia Bogu stała się aktem heroizmu, na który pozwalają sobie nieliczni, choć powinna być chlebem powszednim dla każdego, kto określa siebie mianem człowieka wierzącego. Jezus „przewidział”, że w obecnych czasach to właśnie brak ufności stanie się naszą bolączką, dlatego zostawił nam słowa-klucze za pośrednictwem św. siostry Faustyny. Jeżeli już wypowiadamy to proste w swojej wymowie, jednak niezwykle wymagające zdanie: „Jezu, ufam Tobie”, czynimy to z trudem, drżeniem głosu oraz przyspieszonym biciem serca. Dobrze jednak, że to robimy! „Jezu, ufam Tobie” to kluczowe wyznanie, które otwiera nas na działanie Boga w naszym życiu, uchyla drzwi naszych serc, przez które Pan może wnieść wszelkie potrzebne nam duchowe skarby.

Jak łatwo można się domyślić, dziś w naszej Wyspie skarbów przyglądamy się dwóm duchowym klejnotom, które – jeżeli występują razem – są w stanie dokonać niemożliwego… Mowa o miłości oraz o zaufaniu, które nierozerwalnie się z nią wiąże.

Brakuje nam miłości i zaufania nie tylko względem Boga, ale także drugiego człowieka oraz nas samych.

Stajemy się coraz bardziej obojętni i nie chcemy otwierać się na tych, którzy mogą nas zranić. „Nie ma mowy! To zbyt ryzykowne” – usprawiedliwiamy się w myślach i zamykamy w kokonie własnych spraw, kompleksów, bolączek i ograniczeń. Uważamy, że skoro tacy już jesteśmy, mamy takie, a nie inne charaktery, to już nic nie da się z tym zrobić. Czy jednak na pewno? Dlaczego tak chętnie podejmujemy wysiłek pracy nad swoim ciałem, decydujemy się na diety, wymagające ćwiczenia, a tak mało uwagi poświęcamy naszemu wnętrzu? Dzisiaj rozwój duchowy trzeba reklamować, by zainteresować nim chociażby garstkę ludzi. Najlepszą wizytówką nie są jednak chwytliwe hasła i piękne plakaty zapraszające na rekolekcje, ale człowiek, który wytrwale pracuje nad sobą i w swojej codzienności świadczy o Chrystusie – nie tylko słowem, ale przede wszystkim czynem i postawą.

Niestety, zbyt często skupiamy się wyłącznie na naszych lękach i obawach. Pozwalamy, by kierował nami strach. Zmęczeni cierpieniem, wypatrujemy jego kresu. Poddajemy się zniechęceniu i pozwalamy na to, by świat faszerował nas tym, co odsuwa człowieka od piękna i radości życia. Boimy się nie tylko tego, co rzeczywiście „straszne” i uzasadnione, ale obawiamy się także tego, co szczególnie wartościowe i wspaniałe. Wzbraniamy się przed miłością – nie chcemy jej ani dawać, ani przyjmować, uciekamy przed zaangażowaniem, unikamy odpowiedzialności, wyzwań rodzicielstwa czy samodzielności… Ma to związek z przemianami społecznymi, tempem życia i modą, która nierzadko kształtuje nasze priorytety. Bardziej preferujemy wygodę niż „ryzyko” zaufania Panu i otwarcia się na Jego działanie, poznanie siebie oraz nawiązanie prawdziwych, głębokich relacji z innymi ludźmi. Zamykamy się w powierzchownych grzecznościach, jednak i one przychodzą nam z coraz większym trudem. Brak ufności wobec drugiego człowieka staje się także przyczyną rezygnacji z małżeństw na rzecz wolnych związków, „testowania się” przez wspólne mieszkanie przed ślubem czy mody na wieloletnie narzeczeństwa. Wygrywa nie tyle wygoda, rozumiana jako brak zobowiązań, co lęk wynikający z braku zaufania – do Boga i człowieka, także siebie.

Jezus dobry pasterz
Nie chciejmy się niepokoić, bo dobrego Pana mamy, który ma w ręku wszystko

Chrystus to wszystko wie i doskonale rozumie nasze niepokoje, dlatego mówi do nas z czułością: „Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo” (Łk 12, 32). Tym samym przypomina nam, że Bóg jest czystą miłością i zaprasza nas, abyśmy do Niego przylgnęli. Czy zdecydujemy się odpowiedzieć na to wezwanie? Żeby to zrobić, musielibyśmy z pokorą przyznać, że nie jesteśmy samowystarczalni, nierzadko paraliżują nas lęk i strach oraz doskwiera nam brak prawdy i bliskości…

„Miłość to świata sens i przyczyna” – śpiewali artyści podczas ŚDM. „Nie bójmy się żyć dla miłości, dla tej miłości warto żyć” – zachęcał św. Jan Paweł II. Nie wstydźmy się przyznać sami przed sobą, drugim człowiekiem i Bogiem, że pragniemy miłości opartej na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa – marzymy o niej i potrzebujemy jej. Chcemy czuć się kochani. Zostaliśmy przecież stworzeni z miłości i wezwani do miłości, która jest sensem życia. Nie zamykajmy się zatem na nią. Przyjmijmy ten duchowy skarb z dłoni Maryi, która przyniosła światu Chrystusa i patronuje Pięknej Miłości jako jej Matka.

To tylko fragment artykułu

Drodzy Czytelnicy, dostęp do niektórych treści jest ograniczony

Dostęp do artykułów o różańcuTen artykuł jest dostępny w wydaniu papierowym "Królowej Różańca Świętego".

Zamów – to tylko 5 zł z wysyłką!

Dostępne są prenumeraty oraz pojedyncze wydania.

Druga możliwość: dostęp przez internet!


Jeżeli posiadasz już konto, zaloguj się:
Nie posiadasz jeszcze konta?

Co o tym sądzisz? – Zostaw komentarz!

error: Chcesz skorzystać z tych tekstów? – Napisz: redakcja@rozaniec.info

Poznaj…

Królową 

Różańca

Świętego!