Pochylić się nad każdym – rozmowa z ks. Adamem Borysikiem

Przypadki istnieją tylko w gramatyce. Pretekstem do tej rozmowy było „przypadkowe” zdarzenie. Na ulicy zatrzymał mnie młody mężczyzna, przedstawił się, mówiąc że nie ma pracy, rodziny ani dachu nad głową. Pytał o podstawowe rzeczy do ubrania. Umówiłem się z nim na wieczór. Tego samego dnia „przypadkowo” spotkałem ks. Adama Borysika, pallotyna z Poznania, duszpasterza bezdomnych i założyciela domu „Przystań”, niewidzianego przeze mnie już od około 20 lat! Jego rady przysłużyły się dalszej interwencji. Spotkanie to stało się też pretekstem do szerszej rozmowy o problemie bezdomności.

Czy ludzie boją się bezdomnych? Wszak widzą często człowieka, który jest brudny, zaniedbany, czasem pod wpływem alkoholu. To uruchamia stereotypy.

Wydaje mi się, że problem bierze się z tempa życia. Dzisiaj ludzie pędzą bez zastanowienia, tak jak kiedyś Maryla Rodowicz śpiewała: „Wsiąść do pociągu byle jakiego”. I tak lecą, lecą i nie mają czasu się zatrzymać. Gdzie najczęściej się zatrzymują? Przy kościołach. I tam spotykają się z bezdomnymi.

Często zadaję bezdomnym pytanie: żyjecie na bakier z Panem Bogiem, sakramenty są u Was gdzieś na boku, porzucone w krzakach. Dlaczego przychodzicie zatem po pomoc pod kościoły, nie pod urzędy? Odpowiedź jest prosta: bo tu ją otrzymują. Tu ludzie mają inne serca, Pan Bóg jest im bliższy, a kto z kim przestaje, takim się staje.

W dzisiejszym świecie wciąż pokutuje sytuacja znad sadzawki Owczej, gdy chory powiedział do Jezusa: „Panie, nie mam człowieka” (J 5,1). Ważne jest to, żeby się zatrzymać. Kto najczęściej na ulicy udziela pomocy? Dzieci, bo dziecko nie kalkuluje, nie zastanawia się czy to jest pijak, tylko się zatrzymuje i pochyla.

Sytuacje są różne. Nie powinno się rzecz jasna rzucać pieniędzmi na prawo i lewo. W Poznaniu przed laty modna była metoda receptowa. Na receptę można było w ciągu dnia zarobić przynajmniej 200 zł, więc po co pracować? Ale ludzie w tym pędzie wolą rzucić złotówkę czy dwa złote i uspokajają swoje sumienie. Tyle, że nie dają na chleb, a na tzw. „mokry chleb” i w ten sposób przykładają rękę do złego. Nie wbijają noża w pierś, a w plecy.

Jak zatem wygląda taka zorganizowana pomoc? Zdaje się, że ludzie podchodzą do niej trochę nieufnie, uważają, że bezdomni są sami winni swojego stanu. Zauważyłem, że w niektórych potrzeba pomagania budzi się tylko z okazji świąt czy np. Wielkiego Postu.

Zorganizowana pomoc by być skuteczna, musi mieć ramy. Ważne jest to jak się tę pomoc później realizuje, żeby nie wylać dziecka z kąpielą. Nie jestem zwolennikiem jednorazowych akcji, bo każdy z nas żyje przez 365 dni w roku. O tej porze roku, zimą, niemal codziennie muszę odpowiadać na pytania mediów, które do mnie dzwonią. Wtedy ich pytam skąd się wzięli i gdzie byli do tej pory. Bezdomni nie istnieją tylko wtedy, gdy jest mróz, żyją również w lecie. Oczywiście, wtedy warunki są łatwiejsze, nawet jak człowiek zmoknie to się gdzieś wysuszy pod krzaczkiem, ale trzeba go widzieć przez cały czas. Trudno jest pomagać racjonalnie, łatwiej rzucić ochłap i wziąć udział w jednorazowej zbiórce.

Ważne jest też to, aby prócz potrzeb ciała zadbać o ducha. Jest taka piękna książka „Wspólnota stołu”. Przy stole wiele ważnych rzeczy się dokonuje. Gdy rodzice jedzą posiłek razem z dziećmi to smakuje on im inaczej, niż w pojedynkę, a przy okazji mogą te dzieci obserwować. Tak samo jest z bezdomnymi, którzy przychodzą do mnie po jedzenie. Rozmawiam z nimi wtedy o sprawach duszpasterskich i śmiem twierdzić, że takie spotkanie przy obiedzie czy kawie jest nieraz skuteczniejsze niż to, co mówię z ambony.

Często usprawiedliwiam bezdomnych, że wina nie leży tylko po ich stronie. Oczywiście, są tacy, dla których jest to świadomy wybór. Ale w dzisiejszych czasach bezdomność bierze się z różnych przyczyn. Przykładowo człowiek pracuje na czarno, a po przepracowanym miesiącu właściciel wypłaca mu 300-400 zł, czasem dorzuci papierosy. Ten człowiek czuje się wyrolowany, w następnym miesiącu idzie do drugiego pracodawcy i jeśli spotka go to samo, to do trzeciego już nie pójdzie. Żona ma pretensje, bo dzieci trzeba utrzymać. Jak spotka bogatszego, to do niego odchodzi, a tego zostawia na bocznicy. Na tej bocznicy on sięga po alkohol, popada w konflikt z prawem, trafia do aresztu i koło się zamyka…

Apeluje się teraz o pomoc i otwartość na bezdomnych, ale na siłę nikogo się nie zamknie w czterech ścianach. Niektórzy z nich najbardziej cenią sobie wolność. Nie chcą pozwolić na to, żeby ktoś im groził palcem, gasił światło o 22 i nie pozwalał piwka wypić. To nie są problemy proste do rozwiązania, ale człowiek musi brać za swoje czyny odpowiedzialność.

Zgony, które się pojawiają to taka cicha, nieprzyzwolona selekcja słabszych. Alkoholików testuje zima. Dla mnie mróz był zawsze sprzymierzeńcem, bo jak w tyłek skubał to człowiek musiał się wyprostować i przed nim uciekać. Przychodził taki do mnie, pytając, czy go przyjmę, a ja nie mogłem mieć klapek na oczach. Każdy jest inny. Jeden od razu rzuci mięsem i sobie pójdzie, a drugi ze łzami w oczach przyzna, że jest „wypity”. Proszę go wtedy, żeby poczekał na boku, bo też nie mogę pozwolić, żeby zrobiło się bagno i wpuścić go do tych, którzy nie piją – nieraz starszych, schorowanych czy pracujących. Muszę zapewnić im godne warunki, więc nie zgadzam się z ośrodkami w których jest przyzwolenie na promil czy dwa alkoholu we krwi.

Jak to się w ogóle stało, że ksiądz zaczął się zajmować duszpasterstwem bezdomnych?podczas Mszy

Zaczęło się nieprzypadkowo. Na początku miałem jechać na misje, ale w czasie studiów, w seminarium, miałem wypadek. Obudziłem się dopiero w szpitalu, musiałem na nowo uczyć się chodzić. Ze względu na stan zdrowia przełożeni nie pozwolili mi wyjechać. Zostałem w Polsce jako ksiądz przeznaczony do normalnej pracy duszpasterskiej, ale zawsze miałem ciągoty do nieco innych zajęć. Interesowały mnie na przykład dzieci ulicy, to że chodzą samopas, wybijają szyby w samochodach, nie mają żadnej opieki. Ksiądz Roman Tkacz szukał wtedy księży do zadań specjalnych, nietuzinkowych i tak znalazłem się w grupie duchownych komandosów. Początkowo z doskoku, zostałem zaproszony do odprawiania Mszy Świętej dla bezdomnych u Matki Teresy z Kalkuty, wtedy na ulicy Wiatracznej w Warszawie. Przed Mszą była spowiedź, siostra przy bramie robiła małą selekcję i tych w miarę trzeźwych wpuszczała, więc kto chciał, to mógł się wyspowiadać. Swoje pierwsze Msze pamiętam do dzisiaj: ktoś potrafił się oburzyć i przerwać: „Eee-e, bo Ty mi ubliżasz”, wtedy przepraszałem. Tak złapałem bakcyla i gdy przyszedłem do Poznania to w 1988 roku zorganizowałem pierwszą wigilię dla bezdomnych, na dworcu, dla ponad stu osób. Później szukałem jakiegoś miejsca, schroniska i tak znalazłem się 25 lat temu na Szczepankowie, w miejscu po zakładzie karnym. Szukałem następnych miejsc. W międzyczasie popełniłem czternaście włamań do lokali miejskich. Zaznaczałem sobie pustostany, co jakiś czas sprawdzałem ich stan, jeśli przez rok nic się nie działo to wstawiałem nowy zamek i remontowałem lokal, oczywiście po sprawdzeniu, że to jest mieszkanie należące do miasta, po wypytaniu sąsiadów.

Włamanie? Co na to władze?

Miasto podchodziło do moich działań jak do jeża. Wiadomo, że jeż ma kolce i kłuje, ale jest też pożyteczny, bo wyłapuje szkodniki. Sam nic od miasta nigdy nie brałem, a dawałem. Gdy jeszcze Ryszard Grobelny był prezydentem spytałem go, czy wie, ile posiłków wydałem. Jeśliby liczyć, że każdy kosztował 2-3 złote to wyszłoby na to, że 3 miliony dałem miastu, wydając bezpłatne obiady na ul. Kościuszki. To jak takiego wyrzucić? Nie jest sztuką wziąć pieniądze i je spożytkować, ale nie mieć pieniędzy i funkcjonować. Do tego dochodziła terapia zajęciowa, bo chcieliśmy tym ludziom pomóc poukładać życie.

Udawało się?

Myślę, że przez te wszystkie lata około sześćdziesiąt osób wyszło na prostą i wróciło do swoich środowisk. Powstało osiemnaście małżeństw, najczęściej takich, gdzie to mężczyzna był bezdomny, ale też takich, gdy bezdomni byli oboje. Tylko trzy z nich się rozpadły, piętnaście nadal trwa. Wielką radość przeżywam, gdy teraz przy okazji świąt Bożego Narodzenia otrzymuję życzenia i podziękowania za wzorowego pracownika, a wiem, że to był człowiek z marginesu, recydywa.

Mieliśmy takiego Henia, który 33 lata spędził w więzieniu, ludzie się go bali, a ja mu w środku miasta znalazłem zajęcie przy hodowli świń. Opiekował się nimi przez trzy lata, pielęgnował je, zdobył doświadczenie. Po tych trzech latach kazałem mu wyjść do ludzi, poznał wdowę i w wieku 64 lat wziął z nią ślub.

Jestem też chyba jedynym w Polsce księdzem, który odbierał poród. To była dziewczyna jednego z naszych podopiecznych i nawet w ciąży popijała, dlatego dziecko urodziło się w siódmym miesiącu, zanim zdążyła przyjechać karetka.

Można więc powiedzieć, że towarzyszę tym ludziom od narodzin, aż do śmierci. Po to tu jestem, aby chrzcić, błogosławić, a nawet chować, choć życie uczy mnie też innych umiejętności. W jednym z naszych domów w miesiąc wybudowaliśmy z bezdomnymi kuchnię, korzystając z odpadów. Opieki nad tym urodzonym dzieciątkiem też ja musiałem dziewczyny uczyć. Muszę mieć wiedzę o tym, jak fachowo pomagać człowiekowi, bo w naszych domach zdarzają się różne sytuacje, np. padaczka alkoholowa.

Gdy na ulicy leży bezdomny odbywają się często wielkie dyskusje, co z nim zrobić, kto ma się nim zająć. A przecież w przypadku udaru czy zawału ważna jest każda minuta. Trzeba się zachować jak to dziecko, które pochyli się nad każdym: i nad ptaszkiem i nad pieskiem i nad człowiekiem.

Niedawno ogłoszony świętym Ludwik z Casorii powiedział: „żeby uratować czyjąś duszę najpierw pomóż ciału, a potem może uda Ci się go nawrócić. Syn Boży przyszedł na ziemię, żeby ocalić dusze, a jednak zaczął od pełnienia dobrych uczynków co do ciała”.

Dla mnie to nic nowego, podpisuję się rękami i nogami. Jeśli spojrzeć od strony medycznej to zaleca się, aby większości leków nie brać na czczo. Co ja mogę komuś mówić o niebie, jak on myśli o chlebie? Jak go nakarmię i ogrzeję to wtedy się otwiera. Ksiądz nie może być urzędnikiem, który wpada gdzieś na godzinę. Ludzie, którymi się zajmuję, potrzebują ojca, nie tylko w sytuacjach oficjalnych. Rozmawiamy przy jedzeniu czy podczas jazdy samochodem i to jest coś zupełnie innego.

Każdego roku rozdawałem sto ton żywności. Specyfiką domu, który prowadziłem było to, że nie patrzyłem na meldunek, pochodzenie. Mieliśmy ludzi z całej Polski i nie tylko. Czasem to pomagało, bo wychodzili ze swoich środowisk do nowych twarzy, nowych zainteresowań. Oprócz tego następowała wymiana pokoleniowa i przenoszenie różnych zwyczajów. Widać to było zwłaszcza w czasie świąt.

[wpproads id=”9858″]

A czy nie powinni się trochę bardziej w to wszystko zaangażować świeccy, aby ksiądz mógł się w pełni zająć działalnością duszpasterską, do której jest przeznaczony?

Tego nie da się oddzielić. Życie to nie jest sztuka, w której jeden aktor powie swoją kwestię, a drugi swoją. Nie chciałbym, aby ludzie mieli poczucie, że ktoś przede mną pozamiata, a później ja wejdę na czerwony dywan. Oczywiście, nie działam sam. Nade mną jest Pan Bóg, a obok ludzie, którzy mi pomagają. Przede wszystkim jednak angażuję tych, wśród których pracuję, bo nie można dawać wszystkiego gotowego. Na tym polega terapia zajęciowa. W jej trakcie uczestnicy uprawiają na przykład wielki ogród z pięcioma tonami warzyw. Człowiek, który jest zmęczony, nie myśli o alkoholu, ale o poduszce. Zje i idzie spać, nie ma problemu z głupotami.

Gdy przychodzą do mnie ludzie i chcą pomagać mówię: „Idźcie do serafitek czy do hospicjów, gdzie są ludzie niesprawni, leżący”. Tutaj mam ludzi aktywnych. Choć oczywiście, gdy przychodzi ktoś pierwszy raz, to nie zasypuję go pytaniami o personalia, czy jest wierzący, czy nie, to wszystko wychodzi z czasem.

A jakie ma ksiądz plany, marzenia na ten 33. rok kapłaństwa? Może jakieś misje w ciepłych krajach, żeby zobaczyć jak jest tam, gdzie ksiądz marzył kiedyś być?

Starych drzew się nie przesadza, a ja nie lubię planować. Pan Bóg ma plany wobec mnie, a ja staram się je odczytywać. Oczywiście chciałbym budować na tym, co już jest. Mnie nikt w Poznaniu nie powie „nie”, bo wiedzą, że jak nie wpuszczą drzwiami, to wejdę oknem. Załatwiam sprawy w szpitalach czy urzędach nie dla siebie, a dla innych.

Rozmawiał mw

św. Ludwik z CasoriiOd redakcji: święty Ludwik z Casorii, franciszkanin, to postać, która powinna być znana każdemu czcicielowi Matki Bożej Pompejańskiej. Można śmiało powiedzieć, że jest on duchowym ojcem dzieł miłosierdzia, jakie powstawały wokół pompejańskiego sanktuarium. Był on wszak jednym z nauczycieli duchowych bł. Bartola Longo, założyciela sanktuarium, i jego inspiracją do pracy z ubogimi. Ojciec Ludwik urodził się w 1814 roku, założył Akademię Religii i Nauki, dom dla niewidomych i głuchoniemych dzieci i wiele innych dzieł. Zmarł w 1885 r., został beatyfikowany w 1993, a kanonizowany w 2014.

[wpproads id="10204" class="undefined" display="sticky" position="bottom_right" close_btn_position="top_left"]

Co o tym myślisz? – Napisz komentarz

avatar
  Powiadamiaj mnie o odpowiedziach  
Powiadom o