Marsz dla Maryi

W ubiegłym roku minęła setna rocznica objawień fatimskich. Nie mogłem więc nie iść „znowu” do Fatimy. Udałem się tam pieszo po raz trzeci, po moich marszach w 2001 i 2007 roku, co opisywałem na łamach „Królowej Różańca Świętego”

Obudziłem się po dwóch godzinach, o północy się spakowałem i ruszyłem w drogę. Miałem tak iść przez całą noc, dzień i następną noc, przez Sertę, Cernache do Bonjardim, tereny, przez które przeszły pożary, aż do Tomar, do którego miałem dojść pod wieczór. Tam chciałem jeszcze zrobić zakupy w markecie i coś zjeść. Gdy zobaczyłem drogowskaz z napisem: „Fatima 50 km”, trochę się załamałem. Było ich jednak trochę mniej, bo jakieś 35–40 kilometrów. Ile było rzeczywiście, nie wiadomo.

Wiem tylko jedno – z Tomar wyszedłem około 22.00, a w Fatimie byłem po 7.00 rano. Szedłem drogą, która cały czas wiodła pod górę, nie dając chwili wytchnienia. Gdy doszedłem do Ourem, z którego do Sanktuarium było jeszcze, jak się okazało, 12 kilometrów, pojawiła się mgła. Widoczność była prawie zerowa, a ja szedłem, co jakiś czas zasypiając w marszu. Wydawało mi się, że ta droga nigdy się nie skończy. W pewnej chwili przebudziłem się i pomyślałem, że może już umarłem z wycieńczenia i moje ciało gdzieś tam leży, a mój duch jest w czyśćcu, który jest niekończącą się drogą we mgle, wiodącą do Fatimy, i może dojdę w końcu do Niej, kiedy odpokutuję za swoje grzechy. Były to jednak tylko moje wyobrażenia, bo gdy byłem już zupełnie zrezygnowany tym, że ta droga nigdy się nie skończy, w pewnej chwili zobaczyłem tablicę z napisem: „Fatima”. Wkrótce pojawiły się pierwsze budynki i kościół, do którego chodziły fatimskie dzieci. Do sanktuarium szedłem jeszcze około godziny, mijając drogę na Aljustrel, gdzie one mieszkały.

W końcu, gdy wzeszło słońce i zaczęły bić dzwony, doszedłem do celu mej pielgrzymki. Swoje pierwsze kroki skierowałem do miejsca, gdzie kiedyś ukazała się Ona w koronie dębu, a gdzie dzisiaj stoi kaplica, w której znajduje się Jej figurka. W Jej koronie umieszczono kulę, która kiedyś przeszyła ciało Ojca Świętego Jana Pawła II. Pomodliłem się tam, dziękując Jej za całą drogę, że pozwoliła mi bezpiecznie do siebie dojść. Później zadzwoniłem do przyjaciół: Iwony i Piotra, którzy tu przyjechali, i spotkałem się z nimi. Wielką radością było ujrzenie ich po 61 dniach, kiedy widziałem ich ostatnio. Zdążyłem jeszcze wziąć prysznic na polu namiotowym i przebrać się w czyste rzeczy i razem poszliśmy na plac przed bazyliką, na którym o 10.00 rozpoczynała się uroczysta msza święta z okazji setnej rocznicy objawień. Dobrze, że byli ze mną, bo na mszy dopadło mnie takie osłabienie, że gdyby ich nie było, to chyba bym zemdlał. Zrobili mi miejsce między ludźmi stojącymi na placu, tak że mogłem usiąść, dzięki czemu nie padłem ze zmęczenia. W końcu przez 31 godzin przeszedłem jakieś 110–120 kilometrów i byłem już na nogach od północy poprzedniego dnia, czyli ponad 35 godzin.

Po komunii i mszy jakoś do siebie doszedłem, więc poszliśmy do parku przy bazylice, gdzie spotkaliśmy się z Szymonem, który również tutaj przyjechał ze swoim kolegą, także Szymonem. Co jakiś czas spotykaliśmy innych Polaków, którzy tu przyjechali sami lub w zorganizowanych grupach. Wieczorem poszliśmy na różaniec i procesję ze świecami, na której były tysiące ludzi z całego świata. Cały plac był zapełniony i rozświetlony palącymi się świecami. Dobrze było zobaczyć tych wszystkich ludzi i poczuć zjednoczenie z nimi we wspólnej modlitwie na chwałę naszej Matki.

To tylko fragment artykułu

Drodzy Czytelnicy, dostęp do niektórych treści jest ograniczony

Dostęp do artykułów o różańcuTen artykuł jest dostępny w wydaniu papierowym "Królowej Różańca Świętego".

Zamów – to tylko 5 zł z wysyłką!

Dostępne są prenumeraty oraz pojedyncze wydania.

Druga możliwość: dostęp przez internet!


Jeżeli posiadasz już konto, zaloguj się:
Nie posiadasz jeszcze konta?

Co o tym myślisz? – Napisz komentarz

avatar
  Powiadamiaj mnie o odpowiedziach  
Powiadom o