Miłość pod niebem: Oczekiwanie

Pragniesz kochać i być kochanym. Zaczynasz więc modlić się o miłość. Prosisz Boga, by sprawił to i owo… Czy w tym wszystkim jest jednak  dość miejsca na prośbę: Panie, naucz nas modlić się  o miłość…?

Etap 1: Oczekiwanie

Większość z nas ma w pamięci fragment Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian zwany „Hymnem o miłości”. Potrafimy wymienić cechy miłości, które przybliża nam Apostoł. Wiemy, że miłość jest cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości… (zob. 1 Kor 13,1–13). Często powtarzamy frazę: „gdybym miłości nie miał, byłbym niczym”. Uznajemy miłość za największą spośród trzech cnót, zaraz obok wiary i nadziei. Pamiętamy, że naszym zadaniem jest miłowanie Boga i człowieka. Rozprawiamy o miłości małżeńskiej, rodzicielskiej oraz o innych jej rodzajach… Czasem jednak gubimy się, gdy przychodzi nam stanąć oko w oko z pragnieniem kochania i bycia kochanym… Stąd ten tekst oraz płynąca z niego zachęta, by zaprosić Pana Boga do naszych marzeń o miłości i wszystkich etapów ich realizacji.

Każda historia miłości jest inna. Na początku na ogół pojawia się… pragnienie. Chcemy mieć kogoś, z kim będziemy mogli się spotykać, kogo będziemy mogli poznawać i w efekcie z kim będziemy mogli dzielić całe życie. Szukamy chłopaka, dziewczyny. Mamy nadzieję na to, że spotkamy naszą drugą połowę. Ten etap oczekiwania nie jest najłatwiejszy. Tymczasem to już wtedy mamy okazję wcielić w życie zadanie, które postawił przed nami Pan Bóg. Nie tylko we fragmencie: „miłość cierpliwa jest” (1 Kor 13,4), lecz także w różnych innych miejscach Biblii Pan zachęca nas do tego, by kochać cierpliwie. Tak naprawdę dajemy temu wyraz, również czekając na miłość i robiąc to w sposób godny dojrzałego chrześcijanina. Co to jednak oznacza w praktyce?

Królowa Różańca ŚwiętegoZamów to wydanie "Królowej Różańca Świętego"!

…i wspieraj katolickie czasopisma!

To tylko część artykułu… Całość przeczytasz w "Królowej Różańca Świętego"

Z pomocą ponownie przychodzi nam św. Paweł, który napisał: „Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce” (1 Kor 13,11). Żeby lepiej zrozumieć ten fragment, warto przypomnieć sobie kilka faktów z życia św. Pawła. To on był przecież tym, który prześladował chrześcijan. To jemu ukazał się Pan Jezus, gdy – jeszcze jako Szaweł – wędrował do Damaszku z nakazem aresztowania wyznawców Chrystusa. 

Moment nawrócenia Pawła i jego wzrost w wierze można odczytać właśnie jako „stanie się mężem”, „wyzbycie się tego, co dziecięce”. Ta dojrzałość w wierze idzie w parze z innymi dziedzinami życia. Dobrze jest bowiem, by dojrzały chrześcijanin brał odpowiedzialność za swoje myśli, słowa, uczucia i czyny. W takim ujęciu „wyzbycie się tego, co dziecięce”, oznacza rezygnację z nieodpowiedzialnego, niedojrzałego postępowania – także w miłości oraz w oczekiwaniu na jej pojawienie się w naszym życiu.

Często zamiast cieszyć się każdym danym nam dniem, zamartwiamy się faktem, że jeszcze nie poznaliśmy „tej jedynej”, „tego jedynego”. Bywa, że ta troska przysłania nam cały świat i utrudnia otwarcie się na ludzi, których spotykamy i wśród których może czekać ktoś, z kim udałoby nam się zbudować bliską relację, gdybyśmy tylko tę osobę dostrzegli. Zdarza się również tak, że na niemal każdego spotkanego człowieka patrzymy przez pryzmat naszych pragnień. Przyglądamy się nowo poznanym osobom, traktując je tak jak potencjalnych partnerów. W obu przypadkach trudno mówić, że żyjemy wówczas pełnią – raczej zamykamy się w sobie i w świecie własnych pragnień.

Jako ludzie wierzący zapraszamy Pana do naszych uczuć. Bywa jednak, że robimy to w niepokojący sposób. Czasem traktujemy Boga jako „automat do spełniania życzeń”. Zwracamy się do Niego z prośbami o to, by znalazł nam męża/żonę. Czasem podajemy dokładne kryteria, np. oczekując, że Pan skłoni serce konkretnej osoby ku nam. Wyznaczamy swoiste ultimatum, np. „Panie Boże, albo dasz mi tego chłopaka za męża, albo pójdę do zakonu”. Nie nam oceniać taką postawę na modlitwie. Warto jednak się zastanowić, czy nie powinniśmy spróbować rozmawiać z Panem o naszych pragnieniach w inny sposób?

Modlitwa o dobrą żonę i dobrego męża, np. za wstawiennictwem Maryi oraz św. Józefa, jest piękna i – jak pokazują liczne świadectwa – skuteczna. Z pewnością warto ją podejmować! Dobrze jednak jest dawać Panu Bogu pewien margines. Na czym on miałby polegać? Otóż jeżeli prosimy: „Panie Boże, daj mi za męża/żonę XYZ”, gdy XYZ nie odwzajemnia naszego uczucia, nie jest zainteresowany budowaniem relacji lub np. żyje w innym związku – to czy taka modlitwa jest naprawdę najlepszą, jaką możemy podjąć? Czy nie dojrzalej byłoby w takiej sytuacji poprosić Jezusa o to, by uzdrowił nas, naszą relację z XYZ i uzdolnił do miłości w ogóle, a jeśli trzeba – obdarzył łaską pogodzenia się z faktem, że XYZ nie będzie naszym życiowym partnerem? Ten proces może być bolesny, ale może przynieść ulgę i otworzyć na życie pełnią. Trudno bowiem wyobrazić sobie, żeby Pan Bóg, o którym wielokrotnie mówimy, że jest dżentelmenem i szanuje wolną wolę człowieka, zmusił kogoś do bycia z konkretną osobą. Pan pozwala nam na podejmowanie decyzji w wolności i tego również powinniśmy się od Niego uczyć.

Jeżeli żyjemy w narzeczeństwie, spotykamy się ze sobą jako chłopak i dziewczyna, oczywiście, oddawajmy Panu w opiekę to uczucie, módlmy się o łaskę małżeństwa. Nie tłumaczmy jednak wszystkiego wolą Bożą i pamiętajmy, że miłość to także decyzje, które podejmujemy. Dobrze, by były dojrzałe.

Czas oczekiwania na miłość może być piękny i od nas zależy, czy go takim uczynimy. Jak go dobrze wykorzystać? Może warto nie tylko modlić się o dar dobrego współmałżonka, lecz także prosić Pana o to, bym to ja „stał się mężem, wyzbył się tego, co dziecięce”, stał się ­dobrym kandydatem na towarzysza czyjegoś życia, bym w przyszłości był dobrym współmałżonkiem. Ten czas oczekiwania warto spożytkować na pracę nad sobą, rozwijanie w sobie tych cech, którymi chcielibyśmy obdarzyć swojego przyszłego życiowego partnera, którymi sami chcielibyśmy zostać obdarowani przez małżonka.

Prawdziwa miłość jest cierpliwa, potrafi czekać. Tej sztuki uczyła nas Maryja. Przypomnijmy sobie, że nosząc pod sercem Pana Jezusa, nie starała się zmusić Józefa do tego, by się Nią zaopiekował. Cierpliwie czekała, aż sam zdecyduje się „wziąć ją do siebie” (Mt 1,18–25). Czas jest darem. Nie marnujmy go na bezowocne działania. Zanim pojawi się w naszym życiu ktoś, z kim staniemy się jednością, dobrze przygotujmy się do tego wydarzenia. Odwagi! Pan czuwa nad nami wszystkimi, zarówno nad tymi, którzy dopiero czekają na miłość, jak i nad tymi, którzy już się nią cieszą.

W kolejnym artykule z cyklu „Miłość pod niebem” wspólnie zastanowimy się nad tym, co robić, by relacje, które budujemy na ziemi, czyli pod czujnym okiem nieba, były doskonalsze, wyróżniające się odpowiedzialnością za tych, których zaprosiliśmy do naszego życia.

Patrycja Pierzynka

Co o tym myślisz? – Napisz komentarz

avatar
  Powiadamiaj mnie o odpowiedziach  
Powiadom o