Pieszo do Lourdes

W tym roku mija 160. rocznica objawień w Lourdes. Mnie dane było pójść tam pieszo w 2001, 2007 i w zeszłym roku przy okazji mojej pielgrzymki do Fatimy.

W poprzednim numerze opisywałem sanktuarium w Le Puy, przez które również szedłem. Opuszczałem je z żalem 13 września, gnany brakiem czasu, ponieważ chciałem zdążyć do Fatimy na 13 października, na rocznicę ostatniego objawienia i cudu słońca. Byłem już miesiąc w drodze i pokonałem ponad 1500 kilometrów, jednak do celu pozostało mi drugie tyle i tylko 30 dni. Do Lourdes, przez które chciałem iść, miałem ponad 450 kilometrów i musiałem tam dojść w 9 dni, chcąc trzymać się planu. Nie było to jednak łatwe, bo już gdy wyszedłem z doliny, w której położone było Le Puy, niebo zaczęło się chmurzyć, co wróżyło, że w nocy będzie padać. Musiałem więc poszukać jakiegoś dachu, żeby nie moknąć. Ledwo go znalazłem w starym, rozwalającym się garażu – lunęło. I tak już było przez następnych parę dni, jednak zawsze pod koniec dnia, dzięki opiece Maryi, udawało mi się znaleźć dach nad głową. Gdy pod koniec dnia zaczynało padać, znajdowałem akurat a to schron dla pielgrzyma, a to drewnianą budkę, most, stodołę czy szałas na drewno, chociaż teoretycznie szanse na to były znikome.

Kiepska i zmienna pogoda wiązała się z górskim obszarem, przez który szedłem. Spadły też temperatury, tak że musiałem iść w ciepłej kurtce. Całe szczęście, że ją ze sobą zabrałem, bo chyba bym zamarzł, gdy temperatura spadała poniżej zera stopni z samego rana, a świat pokrywał się szronem, albo wieczorami, gdy zachodziło słońce. Tak szedłem przez górzysty, mroczny region Gevaudan, znany z tego, że w latach 1764–1767 grasowała tutaj dzika bestia, która w 179 atakach zabiła 104 osoby, głównie kobiety i dzieci, które strasznie zmasakrowała. Dziś te tragiczne wydarzenia są powodem atrakcyjności turystycznej tych terenów i na każdym kroku można zobaczyć rzeźbione podobizny bestii lub ślady jej wielkich łap malowane na asfalcie.

Mój szlak częściowo pokrywał się ze szlakiem św. Jakuba, który wiódł z Le Puy do Santiago de Compostella, jednak wkrótce musiałem go opuścić, aby zboczyć z niego do Lourdes, które on omijał. Wstawałem wcześnie rano, jeszcze przed świtem, aby około 5.00 rozpocząć marsz i iść do zmroku, który zapadał około 20.00. Wydawać by się mogło, że spokojnie powinienem każdego dnia zrobić 50 kilometrów, jednak byłem już coraz słabszy i plecak ciążył mi coraz bardziej, dokuczał mi ból kręgosłupa i schodzone stopy. Poza tym traciłem czas na poszukiwanie dróg, które nie zawsze były dobrze oznaczone. Błądziłem również w miastach, w których często nie było drogowskazów i trzeba się było domyślać, jak iść, lub pytać o drogę.

Szedłem przez takie większe miejscowości i miasta jak: Saugues (gdzie w kościele spoczywa tam świetnie zachowane ciało św. Benilda, który w XIX wieku zakładał tutaj szkoły odznaczające się bardzo wysokim procentem powołań zakonnych), piękne Espalon, położone na górze Rodez (gdzie w niedzielę uczestniczyłem we mszy świętej w katedrze), średniowieczne Caylus i Caussade, malownicze Montauban czy Auch, by w końcu dotrzeć do Tarbes, skąd było już tylko 20 kilometrów do Lourdes.

To tylko fragment artykułu

Drodzy Czytelnicy, dostęp do niektórych treści jest ograniczony

Dostęp do artykułów o różańcuTen artykuł jest dostępny w wydaniu papierowym "Królowej Różańca Świętego".

Zamów – to tylko 5 zł z wysyłką!

Dostępne są prenumeraty oraz pojedyncze wydania.

Druga możliwość: dostęp przez internet!


Jeżeli posiadasz już konto, zaloguj się:
Nie posiadasz jeszcze konta?

Co o tym myślisz? – Napisz komentarz

avatar
  Powiadamiaj mnie o odpowiedziach  
Powiadom o