Pieszo do Lourdes – Krzysztof Jędrzejewski

W tym roku mija 160. rocznica objawień w Lourdes. Mnie dane było pójść tam pieszo w 2001, 2007 i w zeszłym roku przy okazji mojej pielgrzymki do Fatimy.

W poprzednim numerze opisywałem sanktuarium w Le Puy, przez które również szedłem. Opuszczałem je z żalem 13 września, gnany brakiem czasu, ponieważ chciałem zdążyć do Fatimy na 13 października, na rocznicę ostatniego objawienia i cudu słońca. Byłem już miesiąc w drodze i pokonałem ponad 1500 kilometrów, jednak do celu pozostało mi drugie tyle i tylko 30 dni. Do Lourdes, przez które chciałem iść, miałem ponad 450 kilometrów i musiałem tam dojść w 9 dni, chcąc trzymać się planu. Nie było to jednak łatwe, bo już gdy wyszedłem z doliny, w której położone było Le Puy, niebo zaczęło się chmurzyć, co wróżyło, że w nocy będzie padać. Musiałem więc poszukać jakiegoś dachu, żeby nie moknąć. Ledwo go znalazłem w starym, rozwalającym się garażu – lunęło. I tak już było przez następnych parę dni, jednak zawsze pod koniec dnia, dzięki opiece Maryi, udawało mi się znaleźć dach nad głową. Gdy pod koniec dnia zaczynało padać, znajdowałem akurat a to schron dla pielgrzyma, a to drewnianą budkę, most, stodołę czy szałas na drewno, chociaż teoretycznie szanse na to były znikome.

Kiepska i zmienna pogoda wiązała się z górskim obszarem, przez który szedłem. Spadły też temperatury, tak że musiałem iść w ciepłej kurtce. Całe szczęście, że ją ze sobą zabrałem, bo chyba bym zamarzł, gdy temperatura spadała poniżej zera stopni z samego rana, a świat pokrywał się szronem, albo wieczorami, gdy zachodziło słońce. Tak szedłem przez górzysty, mroczny region Gevaudan, znany z tego, że w latach 1764–1767 grasowała tutaj dzika bestia, która w 179 atakach zabiła 104 osoby, głównie kobiety i dzieci, które strasznie zmasakrowała. Dziś te tragiczne wydarzenia są powodem atrakcyjności turystycznej tych terenów i na każdym kroku można zobaczyć rzeźbione podobizny bestii lub ślady jej wielkich łap malowane na asfalcie.

Mój szlak częściowo pokrywał się ze szlakiem św. Jakuba, który wiódł z Le Puy do Santiago de Compostella, jednak wkrótce musiałem go opuścić, aby zboczyć z niego do Lourdes, które on omijał. Wstawałem wcześnie rano, jeszcze przed świtem, aby około 5.00 rozpocząć marsz i iść do zmroku, który zapadał około 20.00. Wydawać by się mogło, że spokojnie powinienem każdego dnia zrobić 50 kilometrów, jednak byłem już coraz słabszy i plecak ciążył mi coraz bardziej, dokuczał mi ból kręgosłupa i schodzone stopy. Poza tym traciłem czas na poszukiwanie dróg, które nie zawsze były dobrze oznaczone. Błądziłem również w miastach, w których często nie było drogowskazów i trzeba się było domyślać, jak iść, lub pytać o drogę.

Szedłem przez takie większe miejscowości i miasta jak: Saugues (gdzie w kościele spoczywa tam świetnie zachowane ciało św. Benilda, który w XIX wieku zakładał tutaj szkoły odznaczające się bardzo wysokim procentem powołań zakonnych), piękne Espalon, położone na górze Rodez (gdzie w niedzielę uczestniczyłem we mszy świętej w katedrze), średniowieczne Caylus i Caussade, malownicze Montauban czy Auch, by w końcu dotrzeć do Tarbes, skąd było już tylko 20 kilometrów do Lourdes.


Dostęp do tej strony jest ograniczony.



Dołącz do strefy członkowskiej

Zostając pełnoprawnym członkiem uzyszkasz natychmiastowy dostęp do płatnych materiałów.

Jeżeli posiadasz już konto, zaloguj się:
Nie posiadasz jeszcze konta?

Co o tym myślisz? – Napisz komentarz

avatar
  Powiadamiaj mnie o odpowiedziach  
Powiadom o